Uwaga To tymczasowa wersja strony Baptysci.PL. Wkrótce premiera serwisu w pełnej odsłonie. Przepraszamy za niedogodności.

Sukces Bożego człowieka

Sukces na sposób ziemski

Dzisiejszy świat nastawiony jest na sukces. I to najlepiej szybki, wymierny, trwały. Kiedy zastanawiałem się nad tym artykułem, zupełnie niespodziewanie otrzymałem e-mail następującej treści: 

"Zgodnie z Ustawą o świadczeniu usług drogą elektroniczną zwracamy się z prośbą o zgodę
na przesłanie informacji na temat prowadzonej przez nas witryny na temat motywacji, zasad odnoszenia sukcesu, technik sprzedaży i zarządzania sprzedażą, adresowanej do wszystkich zainteresowanych zwiększeniem swoich obrotów, dochodów lub zysków oraz poprawą skuteczności w swojej aktywności zawodowej i życiowej.
Akademia Sukcesu"

Co ciekawe, tego rodzaju myślenie nie jest całkowicie obce współczesnemu chrześcijaństwu, i to zarówno w wymiarze Kościołów, jak i pojedynczych wierzących. Jednak o ile Kościół przestrzega swoich wiernych przed omamieniem mirażem sukcesu w pracy i w życiu, o tyle sam chętnie włącza do swoich programów działania nie tylko frazeologię, ale i sposób myślenia charakterystyczny dla świata biznesu i polityki. Wizja rozwoju zboru lub Kościoła – zamiast wizji rozwoju i ekspansji firmy, troska o wizerunek zboru lub Kościoła – jako odpowiednik rozpoznawalności marki i wizerunku firmy, nowe strategie ewangelizacyjne – w miejsce promocji nowego produktu.

Czy to źle? Niektórzy uważają, że to wielki biznes przejął zasady działania i rozwoju Kościoła, a ten tylko teraz odbiera co swoje. Różnica jest jednak taka, że biznesmen kieruje się bezwzględną chęcią zysku i panowania (zachowując przy tym lub nie – ludzkie uczucia), Kościół natomiast powinien kierować się miłością i poddaniem, gdzie skuteczność jest, owszem, mile widziana, ale nigdy za wszelką cenę – kosztem ludzkich uczuć.

A w życiu pojedynczych ludzi? Jest to takie samo zderzenie dwóch światów, jak w poprzednim przypadku. Nie szukaj sukcesu w tym, co ziemskie – za każdym razem, gdy go już osiągniesz, okaże się, że zostałeś oszukany – poczucie spełnienia było krótkie, a wiele problemów i tak nie zostało rozwiązanych. I tak trzeba zaraz ruszać dalej – do następnego celu, którego osiągnięcie i tak nie uwolni nas od kolejnych etapów tej wędrówki, a jej końcem jest pytanie, które zawsze nas dogoni: warto było trudzić się zabiegając o to, co przemija, a stracić z oczu to, co wieczne? Czy to aby nie przesadny kaznodziejski dydaktyzm? Może tak to brzmi, ale niestety jest prawdziwe i to bez względu na to, jak bardzo będziemy się tego wypierać.

Trzy prawdy na temat sukcesu

Nie patrzmy więc na sukces w sposób charakterystyczny dla świata biznesu: plan, wizja, cel, środki, determinacja itd. Sukcesem na sposób Boży nie jest po prostu osiąganie celów i realizacja planów, ale przede wszystkim zmiana życia pojedynczego człowieka, jego charakteru.

Jest jeszcze druga ważna prawda, którą chcę podkreślić w kontekście naszego tematu. Na sukces zwykle patrzymy w kategoriach osobistej korzyści. A gdyby tak – przez pryzmat Bożej korzyści (co i tak na jedno wychodzi, ale już w zupełnie innym wymiarze). Chrześcijańska pisarka Henrietta Mears dała kiedyś bardzo dobrą definicję sukcesu w znaczeniu duchowym: „Sukces to jest to wszystko, co się Jemu podoba”.

Trzecia prawda na ten temat brzmi: Sukces jest podejrzany – ale czy słusznie? Z jednej strony mamy teologię sukcesu, która urąga ubogim, szczerym, wiernym chrześcijanom, z drugiej zaś wielką podejrzliwość wobec każdej formy nauczania na temat powodzenia i błogosławieństwa, którego Bóg chce udzielać wierzącym.
Kiedy już wszystkie te prawdy wymieniliśmy, czas przyjrzeć im się bliżej.

Zmiana charakteru

Zacznę od zdania, którego autorem był Albert Einstein: „Najwyższy czas, aby ideał sukcesu ustąpił ideałowi usługiwania”. Jakże bliskie jest ono memu chrześcijańskiemu sercu!

Myślę, że sednem naszego nauczania nie powinno być zdobywanie i odnoszenie sukcesów (i na szczęście chyba nie jest, choć wciąż nas to kusi), ale nieefektywne i wymagające wielkiej cierpliwości kształtowanie charakterów.

Dużo łatwiej jest przygotować i przeprowadzić kurs ewangelizacji, uczniostwa, zasad studiowania Biblii czy podstaw wiary, chociaż pewnie nie to jest głównym powodem naszego problemu, ale zwykłe naśladowanie szkolnych systemów nauczania. Tymczasem Słowo Boże wskazuje nam na inny model: Oto Bóg jest wzniosły w swym działaniu, gdzież jest taki wychowawca jak On? (Job 36:22). Dobrym przykładem jest Paweł, który mówi o sobie: Jestem Żydem urodzonym w Tarsie w Cylicji, lecz wychowanym w tym mieście u stóp Gamaliela, starannie wykształconym w zakonie ojczystym, pełen gorliwości dla Boga, jak i wy dziś wszyscy jesteście (Dz 22:3). Paweł ukształtowany był zarówno przez wychowanie, jak i wykształcenie. Obawiam się jednak, że współczesny Kościół przestał wychowywać, a zaczął jedynie szkolić. Powinniśmy wychowywać młodych wierzących dla budowania ich charakteru, a nie tylko szkolić dla nabycia umiejętności i wiedzy.

Tymczasem, o ile braki w wykształceniu człowiek zdeterminowany jest w stanie uzupełniać samodzielnie, o tyle zaniedbanie wychowania, wykształcenia w nim postaw, odruchów i siły charakteru jest niemal nie do nadrobienia w pojedynkę.

Oprócz uczenia chrześcijan podstaw wiary, rozwijania społeczności z Bogiem itp., potrzebujemy uczyć ich choćby tego, jak radzić sobie ze służbą i z życiem, w których brakuje wymiernych sukcesów; kiedy życie nie układa się tak, jakby tego oczekiwali; Bóg nie odpowiada tak szybko, jakby chcieli. Potrzebujemy uczyć się nawzajem wytrwałości, cierpliwości, pokory, usłużności (postawy służenia), krótko mówiąc: chrześcijańskich cnót (cóż za archaiczne i nieaktualne słowo!). To one właśnie stanowią o sile Kościoła, o jego zdolności odnoszenia sukcesów, osiągania celów. Chroniąc nas jednocześnie przed tym, by nie były to nasze, a Boże cele. 

Nie bójmy się tego, że efekty nie przychodzą od razu. Dziennikarze amerykańskiego magazynu „Forbes” rozmawiając z wielkimi ze świata biznesu, stwierdzili, że sukces każdego z nich poprzedzony był średnio siedmioma niepowodzeniami. Tym bardziej w dziele kształtowania charakteru efekty nie mogą być natychmiastowe. Za to są trwalsze niż cokolwiek innego, co możemy w życiu osiągnąć. Dlatego nasze działanie w tym kierunku jest tak ważne w Bożych oczach.

Boża korzyść - nie moja

Dobrym wstępem do drugiego punktu są słowa Williama Heinrichsena: „Wielu chciałoby, aby Bóg całkowicie się z nimi związał, ale niewielu jest gotowych całkowicie związać się z Bogiem”. I komentarz do nich ze Starego Testamentu: Szukał on (Uzjasz) Pana, dopóki żył Zachariasz, który uczył go bojaźni Bożej, a dopóki szukał Pana, Bóg darzył go powodzeniem (2 Krn 26:5).

Nasz sukces rodzi się tam, gdzie umierają nasze własne plany, dążenia, marzenia, by dać miejsce tym, które posyła sam Bóg. Kiedy potrafimy odsunąć na bok nieodparte pragnienie zaspokajania własnych ambicji, układania sobie życia po swojemu, wówczas, paradoksalnie, oddalamy od siebie ogromne ryzyko doświadczenia nie-spełnienia, rozczarowania, po-błądzenia. Wydaje nam się, że nikt nie wie lepiej tego, gdzie znajdziemy radość i satysfakcję z życia niż my sami. Tymczasem Bóg zapewnia nas o czymś dokładnie przeciwnym: Zaufaj Panu z całego swojego serca i nie polegaj na własnym rozumie! (Prz 3:5). Oto słowa, które dają prawdziwe ukojenie. Bo to przecież błogosławieństwo Pana wzbogaca, lecz własny wysiłek nic do niego nie dodaje (Prz 10:22).

Poddanie się Bogu daje nam gwarancję, że ktoś mocniejszy i mądrzejszy niż my sami czuwa nad naszymi poczynaniami. Bóg nie uchroni nas od pojedynczych niepowodzeń (wspierając nas pozwala nam się z nich uczyć, by nasz charakter był mocniejszy), ale za to daje nam gwarancję, że idziemy w dobrym kierunku. A to więcej niż połowa sukcesu!

Ale tylko część uzasadnienia, dlaczego powinniśmy poddać Bogu nasze plany. Dopełnia je prawda o tym, że naszym życiem jest służenie Bogu, a nie sobie samym (Jezus rzekł do nich: Moim pokarmem jest pełnić wolę tego, który mnie posłał, i dokonać jego dzieła - J 4:34). Naszym wielkim sukcesem jest więc odkrycie tego, co jest naszym powołaniem - Nikt nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego nienawidzić będzie, a drugiego miłować, albo jednego trzymać się będzie, a drugim pogardzi. Nie możecie Bogu służyć i mamonie (Mt 6:24)

I jeszcze jedno: to, co jest sukcesem dla nas, nie musi być tym dla Boga. I odwrotnie. Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją? (Mt 16:26) Wszakże nie z tego się radujcie, iż duchy są wam podległe, radujcie się raczej z tego, iż imiona wasze w niebie są zapisane (Łk 10:20).

Nie bój się powodzenia u Boga

Jak już wspomniałem, chrześcijanie albo rzucają się na sukces, jak na Boże, niczym nieograniczone zobowiązanie (z czego zrodziła się tzw. teologia sukcesu, powodzenia, prosperity), albo przeciwnie – jak na coś, co jest mocno podejrzane. Lepiej się więc wystrzegać choćby myślenia o tym, bo nas omota i zniszczy. Widziałem także, że wszelki trud i wszelkie powodzenie w pracy wywołuje tylko zazdrość jednego względem drugiego. To również jest marnością i gonitwą za wiatrem (Kzn 4:4).

To prawda, sukces jest niebezpieczny. Może wywołać w nas pychę i poczucie wyższości, doprowadzić do zbytniej pewności siebie i poczucia niezależności od Boga. A także może się stać celem samym w sobie, celem własnym – nie Bożym (choć mającym Boże emblematy – np. głoszenie Ewangelii nie z miłości dla zgubionych, ale z miłości własnej, by być w centrum podziwu). Sukces jest niebezpieczny, bo może wzbudzić zazdrość i podejrzliwość u innych, ich złe nastawienie do nas, zaś jego brak rodzi frustrację, zniechęcenie, rezygnację. Sukces jest też bezwzględny, bo może prowadzić do zaniedbania lub odrzucenia wszystkiego, co się nie przyczyni do osiągnięcia zamierzonego celu. 

A jednak nie koncentruj się na niebezpieczeństwach ani na trudzie i mozole, bo one i tak cię dogonią; raczej rozglądaj się za Bożą chwałą, która cię otacza, być może niepostrzeżenie. W tym tkwi kolejna tajemnica życia naznaczonego chrześcijańskim sukcesem. Nieraz tą chwałą Bóg owionie nas już na początku, by nas zachęcić, niekiedy dopiero na końcu, kiedy wieńczymy dzieło. 

Niedługo po tym, jak ukończono wielki park rozrywki Disney World, ktoś powiedział: „Szkoda, że Walt Disney nie dożył tej chwili, by móc to zobaczyć”. Mike Vance, dyrektor kreatywny Disney Studios, odpowiedział: „On to widział – i dlatego to powstało”. Apostoł Paweł tę prawdę opisał o wiele wcześniej: Gdyż w wierze, a nie w oglądaniu pielgrzymujemy (2 Kor 5:7). Boża chwała zawsze nas doścignie i nigdy nas nie ominie, gdy swoje życie poświęcimy osiąganiu sukcesów dla naszego Pana, rozsławianiu Jego imienia, pełnieniu Jego woli.

Ciekawie, choć od końca, pisze o tym apostoł Piotr. Nie oddawajcie złem za zło ani obelgą za obelgę, lecz przeciwnie, błogosławcie, gdyż na to powołani zostaliście, abyście odziedziczyli błogosławieństwo (1 P 3:9).

Zacząłem ten punkt od opisania niebezpieczeństw związanych z dążeniem do odniesienia sukcesu, czas przedstawić drugą stronę medalu. Co jest więc dobrego w chęci osiągania sukcesu? To nam daje świadomość posiadania celu (najpierw odszukania go w Bożym postanowieniu), determinację w jego osiągnięciu (ale nie za wszelką cenę). Dzięki temu uczymy się polegania na Bogu, zaufania Mu, wdzięczności za to, co daje nam po drodze do Jego celu. To wszystko wyzwala w nas wiarę, optymizm, gotowość do przezwyciężania trudności. Zarażając innych swoją wizją, wciągamy ich do współpracy, przez co Kościół tym mocniej staje się organizmem służącym Chrystusowi, z którego całe ciało spojone i związane przez wszystkie wzajemnie się zasilające stawy, według zgodnego z przeznaczeniem działania każdego poszczególnego członka, rośnie i buduje siebie samo w miłości (Ef 4:16).

Czy chrześcijanin może być człowiekiem sukcesu? On powinien nim być! Tyle tylko, że Ojcem tego sukcesu będzie Bóg, inspiratorem Jezus, a wiodącym wykonawcą Duch Święty. Jeśli zadowala nas rola wiernego podwykonawcy, cieszącego się sukcesami swojego Wielkiego Szefa, jesteśmy ludźmi skazanymi na sukces. I to taki, którego owoce będziemy spożywać jeszcze przez całą wieczność.