|
Świadectwa z czterech stron świata: z pastorem Davidem Zijjan o jego pracy w Ugandzie rozmawia Mateusz Wichary.
Czy możesz się przedstawić?
Nazywam się David Livingstone Zijjan. Jestem Dyrektorem Misji Miłości Boga Ojca (Father’s Divine Love Ministiries) oraz pastorem Kościoła Miłości Boga Ojca w Jinja, w Ugandzie.
Opowiedz nam o swoim Kościele.
Jesteśmy niezależnym kościołem o baptystycznym charakterze. Należymy do wyznania Unii Kościołów Narodzenia na Nowo w Ugandzie, które zrzesza kilka tysięcy zborów. Nasz zbór powstał 6 lat temu. Obecnie ma około 250 członków.
Jak założyłeś ten kościół? Miałeś jakieś wsparcie? Grupę założycielską?
Założyłem ten kościół z wraz z piątką bliskich przyjaciół w styczniu 2006 roku. W pierwszą niedzielę dołączyło się do nas 27 osób. W drugą było nas już 43. Wzrost jest stopniowy.
Chciałbym, by podobnie wyglądało to w Polsce. Powiedz, czy taki rozwój obserwujecie wszędzie w Ugandzie? Jak wygląda wasze chrześcijaństwo?
Ugandę uważa się za w 80% chrześcijański kraj. Rozumie się przez to jednak, że owe 80% należy do Kościołów bądź religii, które odwołują się pozytywnie do Jezusa Chrystusa. Największe z nich to Kościół katolicki i anglikański, ale zaliczają się w to również mormoni i bahaiści. W mojej ocenie, nie więcej niż 5% Ugandyjczyków faktycznie doświadczyło nawrócenia. I żyje chrześcijańskim życiem. Jeśli chodzi o wyznania ewangeliczne, mamy sporo zborów niezależnych, mamy baptystów, mamy kościoły charyzmatyczne. Ujmę to tak: mamy chrześcijański kraj, który jest ciągle nieschrystianizowany. Wiele osób wyznaje chrześcijaństwo, ale swym życiem mu zaprzecza. I tak na przykład teoretycznie 80% naszego parlamentu to chrześcijanie, podczas gdy nasi politycy są jednymi z najbardziej skorumpowanych na świecie. Nie ma również prawdziwego pojednania pomiędzy różnymi plemionami. Nie ma prawdziwie chrześcijańskich wartości. Jeśli zapytasz na ulicy, większość odpowie: jestem chrześcijaninem. Ale to oznacza wyłącznie rodzinną tradycję. Moi rodzice należą do jakiegoś kościoła, więc ja też. To same wnuki Boże – a wiemy, że Bóg ma tylko dzieci!
A jak to wyglądało w twojej rodzinie?
Mój ojciec był anglikaninem. Nie był wzorem troski - pierwszy raz zobaczyłem go, gdy miałem 17 lat, więc niczego szczególnego mnie nie nauczył. Moja matka była katoliczką, jednak praktykowała również animizm, kult przodków, który jest w Afryce wciąż bardzo rozpowszechniony. Ale ponieważ mój ojciec był anglikaninem, i mnie uważano za anglikanina mimo, że nigdy nie byłem w anglikańskim kościele, do czasu, gdy zostałem nastolatkiem, gdy mnie w nim wreszcie ochrzczono. Wtedy również otrzymałem imiona, którymi do dziś się posługuję – imiona chrzestne. Od tego czasu odwiedzałem kościół anglikański dwa razy w roku – na Wielkanoc i Boże narodzenie.
Jak to się więc stało, że zostałeś chrześcijaninem? Oraz – jak wzywacie takie osoby do autentycznego nawrócenia?
Cóż, zacznę od tego, że wychowywałem się w bardzo biednej okolicy, wsi, gdzie nie było żadnych kościołów. Gdy miałem kilkanaście lat baptyści (małżeństwo z Ameryki) otworzyli w naszej wiosce punkt misyjny. Zaczęli organizować nabożeństwa i szkółkę niedzielną dla dzieci. Znałem dobrze angielski ze szkoły, bo oficjalnym językiem w Ugandzie jest angielski. Zacząłem pomagać w lekcjach szkółki niedzielnej w tłumaczeniu. W tym samym czasie studenci z baptystycznego seminarium przyjechali do naszej wsi i zrobili ewangelizację od drzwi do drzwi. W każdym domu mówili o Jezusie. Nie pamiętam dokładnie, o czym z nami wtedy rozmawiali ale pamiętam, że wtedy właśnie poprosiłem Jezusa, aby mnie przyjął. Po kilku dniach wzięli nas nad jezioro – mieszkaliśmy nad Jeziorem Wiktorii – i zachęcili wszystkich nawróconych do chrztu. Ochrzciłem się i zacząłem chodzić do kościoła baptystów. W nim rozpoczęła się moja wędrówka z Panem.
Co do twojego drugiego pytania – mówimy wszystkim, że chrześcijaństwo nie jest do wyznawania, ale do praktykowania. Pismo mówi, że ludzi - jak rośliny poznajemy po ich owocu. Prawdziwa wiara zmienia styl życia. Jeśli wyznajemy chrześcijaństwo, ale żyjemy wbrew wyznaniu, to życie jest ważniejsze niż wyznanie. Weźmy za przykład inny afrykański kraj, Ruandę. Uważa się ją za jeden z najbardziej schrystianizowanych krajów w Afryce; ale właśnie tam dokonano największego ludobójstwa. To, co się liczyło, to czy jesteś z tego samego plemienia a nie twoje chrześcijaństwo. Wszyscy byli chrześcijanami i wszyscy się wybijali. Oto chrześcijanie, którzy mordowali się nawzajem.
Życie to największy test chrześcijańskiego wyznania. W Afryce, a pewnie nie tylko w Afryce wyznanie wiary jest bardzo często niezwiązane z faktyczną przemianą życia. Uczymy więc ludzi, że bezpośrednim dowodem twojej wiary jest faktyczny sposób twego życia.
A jak ewangelizujecie?
Przez ostatnie siedem lat planowo docieraliśmy do otaczających nas miejscowości z dobrą nowiną o zbawieniu przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Jesteśmy przekonani, że ewangelizacja działa najlepiej, gdy miejscowi ludzie docierają do swych grup językowych. Nie muszą wtedy uczyć się języka, kultury, znają miejscowe warunki. Używamy następujących metod: po pierwsze, ewangelizacji indywidualnej. Rozumiemy przez to wyjazd grupy misyjnej do określonej miejscowości, gdzie ewangeliści intencjonalnie rozpoczynają rozmowy o Bogu i zbawieniu. Bardzo często łączy się to ze składaniem osobistego świadectwa. To bardzo skuteczna metoda. Druga, to ewangelizacja od drzwi do drzwi. Zazwyczaj odwiedzając określony dom modlimy się o jego potrzeby. Często wskutek tego całe rodziny nawracają się do Pana, co wzmacnia podejmowane decyzje, gdyż domownicy są dla siebie zachętą i czują się za nową drogę współodpowiedzialni.
Trzeci sposób to ewangelizacja masowa. Zazwyczaj następuje po działaniach wcześniej opisanych. Ogłaszamy duże wydarzenie, zapraszamy wszystkich mieszkańców. Stawiamy scenę, na której organizujemy chrześcijański koncert przeplatany z dramą i świadectwami. Całość kończy się ewangelizacyjnym kazaniem połączonym z wezwaniem do nawrócenia. Niedługo po tym wydarzeniu następuje chrzest – w jeziorze Wiktorii lub Nilu.

Czwarty sposób to ewangelizacja społeczna. Wszystko, co robimy - opieka nad wdowami i sierotami, pomoc w edukacji bądź zdrowotna, wszystko za cel ma pokazanie, że Chrystus nie jest obojętny na ich dolę; że im współczuje. Łączymy naszą ewangelizację z działaniami prospołecznymi właśnie tutaj. Ostatecznym celem obu jest wywyższenie Chrystusa, który okazał i okazuje nam łaskę.
No właśnie – to porozmawiajmy o tych prospołecznych działaniach. Co robisz, jako prowadzący Misję Miłości Boga Ojca?
Cóż, zacznę od tego, że jest to kościelna organizacja charytatywna. Naszym najważniejszym działaniem jest opieka nad sierotami. Zapewniamy im godne warunki życia. Płacimy za ich edukację. Troszczymy się o ich wikt i opiekę medyczną. Przy okazji, dwa dni temu jedna z naszych wychowanic trafiła do szpitala. Zdiagnozowano chorobę nerek. Hasło, w które wierzymy, i przez które określamy naszą misję brzmi: dawać godność afrykańskim dzieciom. Mówimy przez to, że robimy wszystko, aby afrykańskie dziecko w całym świecie było postrzegane jako otoczone taką samą godnością i troską, jak dziecko z Zachodu. Aby, kiedy ktoś wspomni o afrykańskim dziecku, nie rodziły się skojarzenia dzieci zabiedzonych, głodujących, chorych, ale dzieci uczących się, zadbanych i pobożnie wychowanych.
To wielkie wyzwanie.
Tak, wiemy o tym, szczególnie w Ugandzie, w której mieszka ponad 2,5 miliona sierot. Ponad 2,5 miliona! W każdej wiosce, na każdej ulicy. Są wszędzie. To gigantyczne wyzwanie! Przede wszystkim dla Kościoła. Ale wierzymy, że właśnie Kościół Jezusa Chrystusa i tylko on ma odpowiedź i środki na to, by je podjąć! Na wszelkie problemy ludzkości.
Działamy również w okolicznych miejscowościach. Budujemy domy dla wdów, które mają pod swoją opieką dzieci, aby zapewnić im bezpieczniejsze warunki dla ich wychowania. Następnie finansujemy ich edukację. Również, udzielamy małe granty dla wdów, aby mogły rozpocząć własny, mały interes, dzięki któremu będą w stanie się utrzymać. Najpierw robimy z nimi rozpoznanie rynku itd.
A możesz podać przykład?
Jedna z wdów mieszka blisko szkoły. Daliśmy jej 50$ na mąkę, olej, syrop. Zaczęła robić placki, które sprzedaje studentom. Mając podstawowe przeszkolenie i podstawowe środki, ma perspektywy na rozwój, na samowystarczalność dla siebie i dzieci. Mówimy tutaj o sprawach podstawowych: mydło, ubiór, jedzenie.

Staramy się również dbać o ich zdrowie. Wspominałem ci o tej dziewczynce, która ma chorą nerkę. Ona jest właśnie w jednej z takich rodzin. Potrzebny jest dla niej przeszczep nerki. Natychmiast. W jakiejkolwiek innej sytuacji ta dziewczynka nie miałaby szans. Bez swego adwokata, bez opiekuna byłaby skazana na śmierć. Wiesz, ile kosztuje ta operacja? Ponad 25.000 Euro. Chcemy je zebrać. Chcemy powiedzieć, że jeśli ta suma może ocalić jej życie, to należy ją wydać. Bo życie tej dziewczynki jest warte każdego eurocenta z tej sumy. Ona nie jest mniej wartościowa, niż inne dzieci. Ona po prostu jest lekceważona. Jesteśmy głosem. Głosem tych, których głosu nikt nie może usłyszeć!
Powiedz mi David, jak to wygląda w liczbach. Jak wieloma dziećmi się opiekujecie? Jak ta opieka jest zorganizowana?
Sytuacja na rok 2011 wygląda następująco. Prowadzimy trzy ośrodki opieki nad sierotami. Jeden na wyspie Lingiria, na jeziorze Wiktorii 50 km od Jinjy, w którym mamy 54 dzieci, którymi opiekuje się 31 wdów. Kolejny ośrodek to Rapha, Dziecięce Niebo - 60 dzieci. Następnie Peniel, jak na razie 27 dzieci. Peniel to wioska dziecięca, cały czas w budowie. Budujemy tam domy, każdy z trzema sypialniami, pokojem dziennym, kuchnią i dwoma łazienkami, w każdym z nich wdowa/opiekunka – nazywamy je mamami zastępczymi. W każdym z domów po 8-10 dzieci. Teraz budujemy tam czwarty dom.
Ile domów chcecie tam wybudować?
Dziesięć. W końcu – mamy dzieci, które mieszkają w domach, które wybudowaliśmy w okolicznych miejscowościach. Zbudowaliśmy takich domów 12, budujemy 13-ty. Tych 12 domów jak na razie ocaliło 50 dzieci. Ten 13-ty jest przeznaczony dla siedmiu następnych. Do tego mamy 47 dzieci, którym zapewniamy środki na edukację i opiekę medyczną, a którymi opiekują się krewni. W sumie więc, w ten czy inny sposób bezpośrednio mamy wpływ na ponad 240 osieroconych dzieci.
To bardzo szeroka i kosztowna wizja. Powiedz, jak to wszystko funkcjonuje?
Roczny budżet za ostatni rok wyniósł 180.000$ (ok. 620 000 zł). Większość tej sumy zbieram na Zachodzie. Jest kilka kościołów i charytatywnych organizacji chrześcijańskich, które płacą co roku określoną sumę; czasem również przyjeżdżają różne grupy chrześcijan, aby wybudować dom, lub zrealizować jakiś inny projekt. Niektórzy chrześcijanie podejmują decyzję o wspieraniu nas regularnie co miesiąc, przez rok lub 5 lat. Coraz większą część tej sumy pokrywam sam, przez nasze inwestycje w Ugandzie. Tworzymy projekty, dzięki którym dajemy pracę i jesteśmy w stanie pokrywać koszty utrzymania. Ciągle jednak duży procent wsparcia to fundusze zbierane w różnych częściach świata.

Jaki jest wasz cel?
Naszym celem jest być kiedyś samofinansującą się organizacją. Ale również stworzyć mechanizmy, które sprawią, że nasze dzieło nas przeżyje. Tu się pojawia pomysł, o którym kiedyś rozmawialiśmy, założenia instytucji edukacyjnych. Stworzenie własnych szkół znacznie poszerzyłoby nasze możliwości zapewnienia edukacji. Dodatkowo, zapewniłoby również środki od uczniów spoza naszych ośrodków, posiadających rodziny, którzy chcieliby w nich się uczyć. Marzymy również o własnych stacjach medycznych.
Powiedz nam jeszcze, jak to się stało, że zacząłeś tę pracę?
Nagrałem kiedyś o tym krótki film, który można obejrzeć na youtube (można odnaleźć go wpisując w wyszukiwarkę „Fathers Divine Love Ministries”). On mówi wszystko. W skrócie, miałem trzech braci. Wszyscy zmarli ze względu na AIDS. Najstarszy z nich przed śmiercią poprosił mnie, bym zatroszczył się o jego trójkę dzieci. Miałem wtedy 17 lat. Musiałem przerwać szkołę. W 2001 r. adoptowałem jeszcze jednego chłopczyka. W 2003 ożeniłem się z Sarą. Ona, razem ze swą matką miała wtedy pod opieką 7 dzieci zmarłych krewnych. Zaczynaliśmy więc wspólne życie mając pod swoją opieką 11 dzieci, nie mając żadnych własnych! Odebraliśmy to, jako Boże powołanie do pracy z dziećmi. W 2005 roku rozpoczęliśmy pracę w pierwszym sierocińcu, mając pod swoją opieką 54 dzieci.
Czy w międzyczasie zyskaliście również własne?
Tak, mamy trzy córki i jednego syna. Jak na razie (śmiech). Dodam jeszcze, że bardzo zależy nam na edukacji, od szczebla podstawowego do uniwersyteckiego. Chcemy naszych wychowanków wyposażyć na przyszłe życie, jak tylko potrafimy najlepiej.
Czy możesz wyjaśnić, dlaczego uważasz, że warto wydawać pieniądze na edukację? Czy nie lepiej za te pieniądze dostarczyć większej ilości dzieci podstawowej pomocy?
Nie chcemy jedynie podtrzymywać dzieci przy życiu, oferując im posiłek dziennie. Chcemy je wyposażyć, aby były zdolne wywierać twórczy wpływ na życie innych ludzi, na Ugandę. Aby były gotowe na realia rynku, zdolne uzyskiwać dobrze płatne prace. Te dzieci są tak samo ludźmi, jak dzieci mające rodziców. To nie są jacyś półludzie, których wystarczy nakarmić! Mają wspaniałe talenty i własne marzenia. Chcą zmieniać świat wokół siebie: chcą iść na medycynę i być lekarzami; chcą iść na prawo i zostawać adwokatami, zostawać inżynierami. Zmieniać nasze społeczeństwo, dodać swą część do przemiany Afryki.
Bez edukacji to jest niemożliwe. Edukacja jest kluczowa, bo sprawia, że są w stanie sami się utrzymać, z czasem dawać pracę innym. Przy tym są pełni bojaźni Bożej. W tym roku pierwsza z naszych podopiecznych skończyła studia z licencjatem zarządzania zasobami ludzkimi, a podopieczny został inżynierem telekomunikacji. Ale nie jest zwykłym inżynierem telekomunikacji. Jest inżynierem z bojaźnią Bożą w sercu. Bez naszej pomocy te marzenia nie mogłyby się spełnić. Za rok licencjat z planowania projektów i przedsiębiorczości skończy kolejna podopieczna. Dziewczyna, którą wzięliśmy od ciężkiej pracy na roli. Zresztą, edukacja kobiet to łamanie kolejnej bariery. Większość osób wykształconych w Afryce subsaharyjskiej to mężczyźni; oni są w zasadzie jedynymi, w których edukację inwestują rodziny. Kobieta wychodzi bowiem za mąż i zasila inną rodzinę. My chcemy również kobietom dać zdolność znalezienia profesjonalnej pracy. Wierzymy, wbrew powszechnej tutaj opinii, że Bóg może powoływać również kobiety do bycia fachowcem w swej dziedzinie. Bronimy więc prawa kobiet; kobiety nie są poślednią wersją mężczyzny. W porządku stworzenia są obdarzone tą samą godnością. W następnym roku chcemy posłać pięć nowych osób na studia; w sumie będziemy mieli 11 studentów.

Tak... Afryka dostawała pomoc przez dziesięciolecia. Całe pokolenia. Ale nie widzimy zbyt wielu pozytywnych jej skutków. Dopóki nie wyposażymy Afrykańczyków, aby byli zdolni wykorzystywać własne zasoby intelektualne i zdolności, nie przełamiemy zamkniętego koła ubóstwa. Edukujemy więc naszych podopiecznych, aby uświadomili sobie własne zdolności, bogactwo swego kontynentu, aby byli w stanie sami ich używać. Potrzebujemy własnych inżynierów i fachowców. Potrzebujemy wydobyć geniusz zasiany w Afrykańczykach poprzez narzędzie edukacji. Bez edukacji więc to wszystko się nie stanie. To niewiedza jest przyczyną ubóstwa; niewiedza jest przyczyną chorób; każdy problem w Afryce rozbija się o niewiedzę. I korupcję.
Jak możemy Wam, jako Polacy, pomóc?
Jest na to kilka sposobów. Mamy potrzeby doraźne, pośrednie i dalekie. Realizacji ich służą odpowiednie strategie. Najpierw o potrzebach doraźnych. Dzieci, aby mogły się stać tym, kim chcielibyśmy, aby się stały muszą żyć, rosnąć i rozwijać się. Aby tak było, muszą jeść, a my musimy mieć podstawowe lekarstwa. Malaria zabija w Ugandzie dziennie 300 dzieci, mimo że koszt lekarstwa, które mogłoby to zmienić, to tylko 1 Euro. Potrzebujemy więc wsparcia na żywność, ubrania, buty, koszty mediów, lekarstwa; na życie. Potrzeby pośrednie to przede wszystkim przeniesienie dzieci z dużych sierocińców do „rodzin zastępczych” - domów, gdzie jedna osoba, wdowa, działa jako matka zastępcza dla wszystkich dzieci pod swą opieką. To oznacza przede wszystkim potrzebę budowania domów. Cele dalekie to powołanie instytucji edukacyjnych. Szkół. Od podstawówek po uniwersytety. Oraz klinik i szpitali. Tutaj wchodzimy już w projekty inwestycyjne. Takie projekty nie tylko będą służyć naszym dzieciom, ale również będą generować zyski, będąc atrakcyjnymi dla społeczeństwa. W realizacji tych wszystkich potrzeb możecie nam pomóc.
O co możemy się modlić?
Proszę, módlcie się o zaopatrzenie. O fundusze na operacje. Módlcie się również o bezpieczeństwo, o zdrowie dzieci. Każdego dnia któreś z dzieci potrzebuje pomocy medycznej. Módlcie się również o mądrość. Aby dobrze wychować dziecko potrzeba wiele mądrości. Naszym celem nie jest po prostu dać jeść. Nie jest również naszym celem po prostu dać wykształcenie. Chcemy, aby całe życie chodzili ścieżkami Pana. Potrzebujemy Bożej łaski i mądrości, aby wpajać w nich Boże prawdy i wartości.
Dziękuję za rozmowę i z całego serca błogosławię!
Z pastorem Davidem można skontaktować się (j. angielski) pod adresem:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
. Można również wesprzeć jego służbę finansowo, przez przelew na konto:
Bank of Africa Uganda Limited,
P.O. Box 2750, Kampala,
45 Jinja Rd, 00256 Uganda.
Bank Account Number: 0204191018.
Official Name for the Account:
Father’s Divine Love Ministries.
ABA Number / Routing Number / Swift Code: AFRIUGKA.
Pastor David będzie, jeśli Bóg pozwoli, w Polsce w maju - czerwcu 2012. Można więc umawiać się z nim w tym terminie na odwiedziny w zborze.
|