|
Najczęściej zaraz później starano się ochrzcić
jak największą część poddanych, po prostu każąc im uczestniczyć w tym akcie. Nie
bawiono się w tłumaczenie, o co w tym chodzi. Poddani byli zadowoleni, bo
niejednokrotnie dostawali jakieś podarki, duchowni wielbili Boga za takie
pomnożenie Jego trzody na ziemi, a panujący zadowolony był z polepszenia
politycznego położenia swoich ziem.
Nawrócenie nawróceniu nierówne
Temat, któremu zamierzamy się przyjrzeć, jest
niezwykle rozległy. Obejmuje przecież ponad tysiąc lat i obszar równy
powierzchni dzisiejszej Europy. Z braku miejsca nie da się więc potraktować go
inaczej, jak tylko zaznaczając poszczególne wydarzenia i okoliczności ich
zaistnienia. Innego rodzaju trudność pojawia się z interpretacją widniejącego w
tytule słowa „nawrócenie". Używamy go zazwyczaj w stosunku do pojedynczej osoby,
która usłyszała ewangeliczną wieść, przyjęła Słowo, pokutowała i nawróciła się,
stając się osobą wierzącą, świadomym chrześcijaninem. W przypadku naszego tematu
znaczenie „nawrócenia" będzie dość odmienne. Mówić będzie-my o plemionach,
narodach, liczących wiele tysięcy osób, które nawracały się dosłownie jednego
dnia, a jeśli go nie zanotowano, to wiemy, że tego a tego roku, ten czy tamten
naród się nawrócił - przykładowo: Polska Mieszka I przyjęła chrzest w 966 roku i
od tego czasu weszła do rodziny narodów chrześcijańskich.
Tak czytamy w
podręcznikach historii. Rodzi to w nas pewien niepokój i uzasadnione pytania: a
kto im wcześniej zwiastował Ewangelię, kto i jak długo prowadził wśród danego
narodu pracę nad uświadomieniem mu, kim jest Jezus Chrystus, nad poznawaniem
Biblii? Czy to, że jego członkowie przyjęli chrzest, było wynikiem mniej lub
bardziej głębokiej pokuty i przejęcia się prawdami zawartymi w Piśmie Świętym?
Takie i inne pytania stawiamy dziś katechumenom, a naiwnością byłoby stawianie
ich w realiach wczesnego średniowiecza w kontekście chrztu danego narodu. Tym
bardziej dopytywanie się o owoce Ducha Świętego w dzisiejszym naszym rozumieniu
świeżo ochrzczonego księcia i wojów z jego drużyny.
Czasy były zupełnie
inne od naszych, a też pojmowanie samego „nawrócenia". Bez zrozumienia tego
nigdy nie pojmiemy doniosłości procesu zdobywania dla panowania wartości
chrześcijańskich kolejnych ziem średniowiecznej Europy. Nawracanie tego
kontynentu, a także pojedynczych narodów było procesem. Jeśli na danym
terytorium były już wykształcone struktury władzy książęcej czy królewskiej,
starano się najpierw dotrzeć do panującego i do jego otoczenia. Władca
podejmował decyzję, która - jeśli była pozytywna - wyrażała się jego chrztem,
jego wojów, rodziny, bliskiego otoczenia. Najczęściej zaraz później starano się
ochrzcić jak największą część poddanych, po prostu każąc im uczestniczyć w tym
akcie. Nie bawiono się w tłumaczenie, o co w tym chodzi. Poddani byli
zadowoleni, bo niejednokrotnie dostawali jakieś podarki, duchowni wielbili Boga
za takie pomnożenie Jego trzody na ziemi, a panujący zadowolony był z
polepszenia politycznego położenia swoich ziem. Wejście do rodziny narodów
chrześcijańskiej Europy stawało się bowiem powoli koniecznością dla wielu ludów,
jeśli nie chciano się stać celem przymusowego nawracania. Ci, którzy uparcie
trwali przy pogaństwie, doczekali się zbrojnego ujarzmienia i wyplenienia ich
wierzeń; równało się to podbojowi ich ziem, odebraniem niezależności i powolnym
rozpłynięciem się w masie chrześcijańskich zdobywców. Spotkało to m.in.
bałtyjskich Prusów i Jaćwięgów czy słowiańskich Obodrzyców. Tam, gdzie nie było
konkretnego władcy, a decydujący głos miała starszyzna plemienna, starano się
przemawiać do zebranych i pozyskać najbardziej uznane osobistości. Co bardzo
ważne, szczególnie w tym wypadku, prawie zawsze misjonarze, a też ci, do których
oni przybywali, zdawali sobie sprawę, że za nimi stoi konkretny silny
chrześcijański władca, który w razie czego może się upomnieć o popieranych przez
siebie duchownych udających się na misje. Taki władca według średniowiecznych
zasad miał obowiązek szerzyć chrześcijaństwo na sąsiednich pogańskich obszarach.
Jeśli miał taką możliwość, czynił to chętnie, gdyż nie było tajemnicą, że jeśli
akcja się powiedzie, schrystianizowane ziemie i ich mieszkańcy prawie na pewno
dostaną się pod jego zwierzchnictwo.
Chrzest się opłaca
Możemy zaryzykować dziś stwierdzenie, że prawdziwy
proces nawracania danego narodu rozpoczynał się dopiero po jego chrzcie, chociaż
w tamtych czasach absolutnie by się z nami nie zgodzono, gdyż sam rytuał chrztu
bez wnikania w jego wartość w przypadku poszczególnych osób rozumiany był za
równoznaczny z nawróceniem w pełnym tego słowa znaczeniu. Po chrzcie rozpoczynał
się długi proces budowania i wzmacniania organizacji kościelnej na nowych
ziemiach i docierania duchowieństwa do coraz szerszych warstw „nawróconego"
społeczeństwa z nauką chrześcijańską. Ochrzczony władca, niejednokrotnie
wcześniejszy prześladowca chrześcijan, dopomagał przy tworzeniu na swoich
ziemiach hierarchii kościelnej, wspomagał ustanawiane biskupstwa, fundował
kościoły, sprowadzał duchownych, którzy - jak w przypadku ziem Mieszka I - długo
pozostawali jedynymi ludźmi posiadającymi umiejętność pisania i czytania oraz
znającymi stosunki europejskie. Z tego względu, niczym wysokiej klasy
specjaliści, posługujący się uniwersalnym językiem - łaciną i prawem opartym o
zasady rzymskiej i kościelnej jurystyki, byli bardzo potrzebni monarsze chcącemu
funkcjonować w systemie europejskich państw chrześcijańskich. Były to jedne z
tych namacalnych korzyści, które przemawiały za przyjęciem chrześcijaństwa.
Trzeba jednak po-wiedzieć, że pogańscy władcy zdawali sobie też sprawę z innych
korzystnych dla nich następstw. Chrześcijaństwo wraz ze swoją średniowieczną
wykładnią Bożego porządku na ziemi i poza nią bardzo dobrze nadawało się do
usankcjonowania w oczach chrześcijańskich poddanych pozycji panującego, jako
tego, który na ziemi jest odbiciem władzy samego Boga w porządku niebieskim,
jako tego, którego sam Bóg namaszcza do panowania nad ludem. Poza tym nowa
religia o wiele lepiej niż stare wierzenia tłumaczyła funkcjonowanie świata, cel
życia, od-powiadała na wiele pytań egzystencjalnych, a też dawała jasny obraz
tego, co czeka człowieka w życiu pozagrobowym.
Nowy, chrześcijański
wymiar
Wzrastająca w siłę i znaczenie hierarchia kościelna
dokładała starań na polu oddziaływania na wiernych zarówno ze stanu rycerskiego,
jak i plebejskiego. Na początek po uznaniu chrześcijaństwa za jedyną religię
niszczono przybytki starych kultów, posągi bóstw. Starano się też wpoić ludowi
zasady nowej wiary. Nie było to jednak łatwe, gdyż o wiele trudniej było ludowi
wydrzeć jego dawne zwyczaje i wierzenia. Stąd podejmowano najróżniejsze
działania mające na celu nadanie dawnym tradycjom chrześcijańskiego wymiaru. W
ten sposób w chrześcijańskiej otoczce pozostały do dziś takie relikty dawnych
pogańskich tradycji, jak z bliżej nam znanych, chociażby choinka, święcone
jajko, wiele aspektów kultu zmarłych. Wiele dawnych miejsc pogańskiego kultu,
jak święte gaje, święte źródełka, święte góry zamieniono w chrześcijańskie
miejsca święte, które stały się raptem miejscami słynącymi z objawień czy
cudownych uzdrowień. I przyznać trzeba, że wiele z takich tradycji, choć
funkcjonuje w życiu religijnym najlepiej nam znanego polskiego środowiska, to
jednak jest zupełnie nieznanym wiernym tej samej konfesji w innych krajach i na
odwrót. Jest to wynikiem tego, że chrześcijaństwo przed wiekami zapuszczało
swoje korzenie w kręgach zupełnie odmiennych pogańskich tradycji po całej
Europie, wchłaniając zupełnie inne jej elementy w zależności od
obszaru.
Pomimo wszystko „nawrócone" rzesze pogańskich narodów bardzo
długo pozostawały przy dawnych wierzeniach i tradycjach. Narzekali bardzo na to
napływowi duchowni. Raziło ich to, że prosta ludność w swoich osiedlach nadal
oddawała kult, składała ofiary dawnym bóstwom, że nie praktykowano przykazań
kościelnych. Nieraz w przymuszaniu do większej gorliwości chrześcijańskiej
uzyskiwano pomoc od chrześcijańskiego władcy. Znany jest przykład Bolesława
Chrobrego, który nieprzestrzegającym postów kościelnych kazał wybijać przednie
zęby. Poziom znajomości zasad nowej wiary wśród prostej ludności musiał być w
pierwszych dziesięcioleciach i stuleciach bardzo niski. Często nie sposób było
dotrzeć do niej z braku chociażby dróg; sieć budynków kościelnych pozostawała
niezmiernie rzadka, ci, którzy w nich się zgromadzali, mogli wysłuchać
nabożeństwa po łacinie. A stopień wykształcenia niższego kleru, który obsługiwał
lokalne parafie, najczęściej pozostawiał bardzo wiele do życzenia. Wyżsi rangą
dostojnicy kościelni pochodzili zazwyczaj z możnych rodów i bardziej pochłaniała
ich wielka polityka niż czuwanie nad duszami swoich owieczek. Jednak i w tym nie
należy generalizować, gdyż i w tych szeregach pojawiały się osoby niezwykle
przejęte ideą niesienia Ewangelii pogańskim ludom i wręcz szukania śmierci
męczeńskiej w tym dziele. Były to jednostki, a ludność bardziej odczuwała
pojawienie się nowej instytucji w swoim życiu poprzez obowiązek składania na jej
potrzeby obowiązkowej dziesięciny i świadczenia robocizny. Niejednokrotnie zatem
dochodziło do prawdziwych wybuchów społecznych, które na danym terenie potrafiły
zmieść z powierzchni ziemi młodą sieć kościelną. Wystąpienia te godziły przede
wszystkim w pozycje władcy, stąd Kościół zawsze mógł liczyć na jego wsparcie i
zazwyczaj dość szybko wracał na zrujnowane tereny. Czas liczony na dziesiątki i
setki lat od chwili chrztu, pomimo to charakteryzował się powolnym
przyzwyczajaniem ludności do panującego wyznania. Zazwyczaj szybko szlachetnie
urodzeni, a wolniej i oporniej szerokie rzesze pospólstwa oswajały się z nim
wydając wiele postaci, które w szczególny sposób przeżywały swoją osobistą
relację z Bogiem. Wiele z nich zaistniało w kulturze Europy i znani są do dziś
jako wybitni myśliciele, mistycy czy odnajdujący się na polu działalności, byśmy
powiedzieli dziś - społecznej czy misyjnej.
Początek nawracania
kontynentu europejskiego niewątpliwie należy wiązać z apostołem Pawłem i jego
przeprawieniem się z azjatyckiej Troady do leżącej w Europie Macedonii. Działo
się to w połowie I wieku naszej ery. Do końca starożytności (schyłek V w.)
chrześcijaństwo szczególnie mocne pozycje zdobyło sobie na terenach bliskich
wybrzeżom Morza Śródziemnego - w Grecji, Italii, w południowych regionach
późniejszej Francji, w Hiszpanii. Coraz śmielej sięgało w głąb Galii (ziemie
między Renem a Pirenejami), na Wyspy Brytyjskie, powoli wychodziło na linię
granicy rzymskiej na Dunaju i Renie. Powstawały nowe biskupstwa i rozwijały się
klasztory. Także wśród wielu ludów germańskich siedzących wzdłuż granic
rzymskich nad Dunajem w ciągu IV w. zdobyło sobie chrześcijaństwo, ale w wydaniu
ariańskim, wielu wyznawców.
Rzymska katastrofa
Ten powolny, ale konsekwentny rozwój Kościoła
został gwałtownie zahamowany przez katastrofę państwa rzymskiego w V w. Przez
przełamane granice wlały się nieprzebrane fale ludów germańskich, sarmackich i
przybyłych z głębi Azji koczowników. Tylko niektóre z plemion germańskich
przyznawały się do chrześcijaństwa, ale w nienawistnej dla katolickich Rzymian
ariańskiej odmianie. Stąd dochodziło do pogłębienia zaciekłości walk także na
skutek różnic wyznaniowych. Organizacja Kościoła na zachodzie Europy podczas
ponad stuletniej zawieruchy doznała niezwykle poważnych strat. Wiele kościołów
zostało zniszczonych, uciekli duchowni, przestała prawie istnieć arystokracja
rzymska, tworząca coś w rodzaju intelektualnego zaplecza Kościoła. Wiele terenów
zostało wręcz na nowo spoganizowanych przez zasiedlenie ich pogańskimi
przybyszami. Pozostały nieliczne wegetujące klasztory i rozproszone wspólnoty
chrześcijan. Wśród nich większymi centrami, które w przyszłości mogły
pretendować do roli ośrodków misyjnych, miał się okazać na południu Rzym, a na
północy Irlandia, w której chrześcijaństwo w V w. zaszczepiał św. Patryk.
Wychował się on w rodzinie chrześcijańskiej, a za młodu został porwany przez
irlandzkich piratów. Po kilku latach niewoli uciekł z Irlandii, ale po jakimś
czasie poczuł się wezwany do głoszenia Ewangelii celtyckim mieszkańcom tej
wyspy. Uzyskawszy święcenia biskupie wrócił na tę wyspę i przez kilka
dziesięcioleci prowadził tam pracę misyjną. Z dala od kontynentalnych ośrodków
chrześcijaństwo irlandzkie rozwijało się tam swoimi drogami, które szczególnie
widoczne były w narodzinach licznych pustelni i specyficznego życia mniszego.
Niebywale silnie rozwinęło się także życie literackie, liturgia i nauczanie w
języku łacińskim. W ten sposób kraj ten, w którym nigdy nie stanęła noga
rzymskiego legionisty w epoce upadku Rzymu, zachował doskonałą znajomość łaciny
i kultury antycznej. Jedną z specyficznych ascetycznych praktyk mnichów
iryjskich było dobrowolne wygnanie - porzucenie rodaków, by osiedlić się gdzieś
daleko i żyć w wrogim środowisku, co sprowadzało się do ewangelizacji obcych
ludów. Czyniono tak pro amore Dei (z miłości Boga). W ten sposób mnisi dotarli
do Brytanii, następnie do ziem dzisiejszej Francji i Niemiec. W VI w. dokonali
ewangelizacji germańskich najeźdźców w Brytanii, zakładali tam liczne klasztory,
a wybitną postacią był tu mnich Kolumban Starszy. W 597 r. przybyli tam
misjonarze pod przewodnictwem mnicha Augustyna, wysłani przez biskupa Rzymu,
papieża Grzegorza Wielkiego. Mieli oni poparcie królowej Berty, żony króla
Kentu, Ethelberta. Król nawrócił się i w tymże roku wraz z wieloma poddanymi
przyjął chrzest. Nastąpił bujny rozwój organizacji kościelnej na wyspach
brytyjskich i można rzec, że pomimo wielu trudności i nawrotów pogaństwa, od I
poł. VII w. Brytania została zdobyta dla chrześcijaństwa i sama wydała wielką
liczbę misjonarzy, którzy mieli wielki udział w chrystianizacji kontynentalnej
Europy. Trzeba zaznaczyć, że niektórzy z mnichów iryjskich w poszukiwaniu
samotni udawali się na niezmierzone przestrzenie morskie i w ten sposób
docierali do wysp na północ od Anglii, a nawet zasiedlili bezludną
Islandię.
Przyszła Francja na czele nowej
Europy
W odbudowie organizacji kościelnej wielką rolę
odegrały także ziemie południowej Francji, które znalazły się pod władzą
ariańskich Wizygotów, będące tradycyjną ostoją starych senatorskich rodów
rzymskich, twardo broniących dawnej spuścizny, do której należało trwanie przy
rzymskim katolicyzmie. Ich potomkowie w dobie upadku kultury zachowali pewną
więź z tradycjami upadającego starożytnego świata, pielęgnowano tam naukę i
studia humanistyczne. Kościół chcąc zachować resztki swojej pozycji na tych
ziemiach, a też przystępując do odzyskania utraconych, będzie potrzebował ich
pomocy. W ciągu V i VI w. kręgi te wydadzą szereg biskupów i opatów, którzy
odnowią w znacznym stopniu w innej formie namiastkę dawnego
szkolnictwa.
Okazało się to niezmiernie ważne już w początkach VI w. W
481 r. władzę nad żyjącymi nad dolnym Renem pogańskimi Frankami objął niezwykle
energiczny, rządzący brutalnie i twardą ręką król Chlodwig. Rozpoczął on inwazję
na południe i zachód ku reszcie dawnych rzymskich ziem galijskich. W 496 r. w
Paryżu przyjął chrzest, ale w obrządku katolickim. Był to bardzo dobrze
pomyślany ruch polityczny. W odróżnieniu od innych plemion germańskich, będących
arianami, Chlodwig poprzez swój katolicyzm zyskał z miejsca sympatię Kościoła,
katolickiego możnowładztwa i ludności galorzymskiej, która poparła go w walce z
heretyckimi Wizygotami, Ostrogotami i Burgundami. Po wydarciu im ziem po
Pireneje i Morze Śródziemne nastąpił na nich powolny rozwój Kościoła zasilanego
stojącymi wyżej intelektualnie duchownymi z tychże ziem. Postępująca
barbaryzacja nie sprzyjała intensywności tego procesu, dopiero czasy odrodzenia
za Karola Wielkiego od II poł. VIII w. przyniosą prawdziwy postęp w tym
względzie.
Koniec części I |