napis.png
    English English    
     
S... jak średniowieczne nawrócenie Europy (cz.I) PDF Drukuj Email
Krzysztof Kossarzecki   
07 listopada 2004

Najczęściej zaraz później starano się ochrzcić jak największą część poddanych, po prostu każąc im uczestniczyć w tym akcie. Nie bawiono się w tłumaczenie, o co w tym chodzi. Poddani byli zadowoleni, bo niejednokrotnie dostawali jakieś podarki, duchowni wielbili Boga za takie pomnożenie Jego trzody na ziemi, a panujący zadowolony był z polepszenia politycznego położenia swoich ziem.

Nawrócenie nawróceniu nierówne

Temat, któremu zamierzamy się przyjrzeć, jest niezwykle rozległy. Obejmuje przecież ponad tysiąc lat i obszar równy powierzchni dzisiejszej Europy. Z braku miejsca nie da się więc potraktować go inaczej, jak tylko zaznaczając poszczególne wydarzenia i okoliczności ich zaistnienia. Innego rodzaju trudność pojawia się z interpretacją widniejącego w tytule słowa „nawrócenie". Używamy go zazwyczaj w stosunku do pojedynczej osoby, która usłyszała ewangeliczną wieść, przyjęła Słowo, pokutowała i nawróciła się, stając się osobą wierzącą, świadomym chrześcijaninem. W przypadku naszego tematu znaczenie „nawrócenia" będzie dość odmienne. Mówić będzie-my o plemionach, narodach, liczących wiele tysięcy osób, które nawracały się dosłownie jednego dnia, a jeśli go nie zanotowano, to wiemy, że tego a tego roku, ten czy tamten naród się nawrócił - przykładowo: Polska Mieszka I przyjęła chrzest w 966 roku i od tego czasu weszła do rodziny narodów chrześcijańskich.

Tak czytamy w podręcznikach historii. Rodzi to w nas pewien niepokój i uzasadnione pytania: a kto im wcześniej zwiastował Ewangelię, kto i jak długo prowadził wśród danego narodu pracę nad uświadomieniem mu, kim jest Jezus Chrystus, nad poznawaniem Biblii? Czy to, że jego członkowie przyjęli chrzest, było wynikiem mniej lub bardziej głębokiej pokuty i przejęcia się prawdami zawartymi w Piśmie Świętym? Takie i inne pytania stawiamy dziś katechumenom, a naiwnością byłoby stawianie ich w realiach wczesnego średniowiecza w kontekście chrztu danego narodu. Tym bardziej dopytywanie się o owoce Ducha Świętego w dzisiejszym naszym rozumieniu świeżo ochrzczonego księcia i wojów z jego drużyny.

Czasy były zupełnie inne od naszych, a też pojmowanie samego „nawrócenia". Bez zrozumienia tego nigdy nie pojmiemy doniosłości procesu zdobywania dla panowania wartości chrześcijańskich kolejnych ziem średniowiecznej Europy. Nawracanie tego kontynentu, a także pojedynczych narodów było procesem. Jeśli na danym terytorium były już wykształcone struktury władzy książęcej czy królewskiej, starano się najpierw dotrzeć do panującego i do jego otoczenia. Władca podejmował decyzję, która - jeśli była pozytywna - wyrażała się jego chrztem, jego wojów, rodziny, bliskiego otoczenia. Najczęściej zaraz później starano się ochrzcić jak największą część poddanych, po prostu każąc im uczestniczyć w tym akcie. Nie bawiono się w tłumaczenie, o co w tym chodzi. Poddani byli zadowoleni, bo niejednokrotnie dostawali jakieś podarki, duchowni wielbili Boga za takie pomnożenie Jego trzody na ziemi, a panujący zadowolony był z polepszenia politycznego położenia swoich ziem. Wejście do rodziny narodów chrześcijańskiej Europy stawało się bowiem powoli koniecznością dla wielu ludów, jeśli nie chciano się stać celem przymusowego nawracania. Ci, którzy uparcie trwali przy pogaństwie, doczekali się zbrojnego ujarzmienia i wyplenienia ich wierzeń; równało się to podbojowi ich ziem, odebraniem niezależności i powolnym rozpłynięciem się w masie chrześcijańskich zdobywców. Spotkało to m.in. bałtyjskich Prusów i Jaćwięgów czy słowiańskich Obodrzyców. Tam, gdzie nie było konkretnego władcy, a decydujący głos miała starszyzna plemienna, starano się przemawiać do zebranych i pozyskać najbardziej uznane osobistości. Co bardzo ważne, szczególnie w tym wypadku, prawie zawsze misjonarze, a też ci, do których oni przybywali, zdawali sobie sprawę, że za nimi stoi konkretny silny chrześcijański władca, który w razie czego może się upomnieć o popieranych przez siebie duchownych udających się na misje. Taki władca według średniowiecznych zasad miał obowiązek szerzyć chrześcijaństwo na sąsiednich pogańskich obszarach. Jeśli miał taką możliwość, czynił to chętnie, gdyż nie było tajemnicą, że jeśli akcja się powiedzie, schrystianizowane ziemie i ich mieszkańcy prawie na pewno dostaną się pod jego zwierzchnictwo.

Chrzest się opłaca

Możemy zaryzykować dziś stwierdzenie, że prawdziwy proces nawracania danego narodu rozpoczynał się dopiero po jego chrzcie, chociaż w tamtych czasach absolutnie by się z nami nie zgodzono, gdyż sam rytuał chrztu bez wnikania w jego wartość w przypadku poszczególnych osób rozumiany był za równoznaczny z nawróceniem w pełnym tego słowa znaczeniu. Po chrzcie rozpoczynał się długi proces budowania i wzmacniania organizacji kościelnej na nowych ziemiach i docierania duchowieństwa do coraz szerszych warstw „nawróconego" społeczeństwa z nauką chrześcijańską. Ochrzczony władca, niejednokrotnie wcześniejszy prześladowca chrześcijan, dopomagał przy tworzeniu na swoich ziemiach hierarchii kościelnej, wspomagał ustanawiane biskupstwa, fundował kościoły, sprowadzał duchownych, którzy - jak w przypadku ziem Mieszka I - długo pozostawali jedynymi ludźmi posiadającymi umiejętność pisania i czytania oraz znającymi stosunki europejskie. Z tego względu, niczym wysokiej klasy specjaliści, posługujący się uniwersalnym językiem - łaciną i prawem opartym o zasady rzymskiej i kościelnej jurystyki, byli bardzo potrzebni monarsze chcącemu funkcjonować w systemie europejskich państw chrześcijańskich. Były to jedne z tych namacalnych korzyści, które przemawiały za przyjęciem chrześcijaństwa. Trzeba jednak po-wiedzieć, że pogańscy władcy zdawali sobie też sprawę z innych korzystnych dla nich następstw. Chrześcijaństwo wraz ze swoją średniowieczną wykładnią Bożego porządku na ziemi i poza nią bardzo dobrze nadawało się do usankcjonowania w oczach chrześcijańskich poddanych pozycji panującego, jako tego, który na ziemi jest odbiciem władzy samego Boga w porządku niebieskim, jako tego, którego sam Bóg namaszcza do panowania nad ludem. Poza tym nowa religia o wiele lepiej niż stare wierzenia tłumaczyła funkcjonowanie świata, cel życia, od-powiadała na wiele pytań egzystencjalnych, a też dawała jasny obraz tego, co czeka człowieka w życiu pozagrobowym.

Nowy, chrześcijański wymiar

Wzrastająca w siłę i znaczenie hierarchia kościelna dokładała starań na polu oddziaływania na wiernych zarówno ze stanu rycerskiego, jak i plebejskiego. Na początek po uznaniu chrześcijaństwa za jedyną religię niszczono przybytki starych kultów, posągi bóstw. Starano się też wpoić ludowi zasady nowej wiary. Nie było to jednak łatwe, gdyż o wiele trudniej było ludowi wydrzeć jego dawne zwyczaje i wierzenia. Stąd podejmowano najróżniejsze działania mające na celu nadanie dawnym tradycjom chrześcijańskiego wymiaru. W ten sposób w chrześcijańskiej otoczce pozostały do dziś takie relikty dawnych pogańskich tradycji, jak z bliżej nam znanych, chociażby choinka, święcone jajko, wiele aspektów kultu zmarłych. Wiele dawnych miejsc pogańskiego kultu, jak święte gaje, święte źródełka, święte góry zamieniono w chrześcijańskie miejsca święte, które stały się raptem miejscami słynącymi z objawień czy cudownych uzdrowień. I przyznać trzeba, że wiele z takich tradycji, choć funkcjonuje w życiu religijnym najlepiej nam znanego polskiego środowiska, to jednak jest zupełnie nieznanym wiernym tej samej konfesji w innych krajach i na odwrót. Jest to wynikiem tego, że chrześcijaństwo przed wiekami zapuszczało swoje korzenie w kręgach zupełnie odmiennych pogańskich tradycji po całej Europie, wchłaniając zupełnie inne jej elementy w zależności od obszaru.

Pomimo wszystko „nawrócone" rzesze pogańskich narodów bardzo długo pozostawały przy dawnych wierzeniach i tradycjach. Narzekali bardzo na to napływowi duchowni. Raziło ich to, że prosta ludność w swoich osiedlach nadal oddawała kult, składała ofiary dawnym bóstwom, że nie praktykowano przykazań kościelnych. Nieraz w przymuszaniu do większej gorliwości chrześcijańskiej uzyskiwano pomoc od chrześcijańskiego władcy. Znany jest przykład Bolesława Chrobrego, który nieprzestrzegającym postów kościelnych kazał wybijać przednie zęby. Poziom znajomości zasad nowej wiary wśród prostej ludności musiał być w pierwszych dziesięcioleciach i stuleciach bardzo niski. Często nie sposób było dotrzeć do niej z braku chociażby dróg; sieć budynków kościelnych pozostawała niezmiernie rzadka, ci, którzy w nich się zgromadzali, mogli wysłuchać nabożeństwa po łacinie. A stopień wykształcenia niższego kleru, który obsługiwał lokalne parafie, najczęściej pozostawiał bardzo wiele do życzenia. Wyżsi rangą dostojnicy kościelni pochodzili zazwyczaj z możnych rodów i bardziej pochłaniała ich wielka polityka niż czuwanie nad duszami swoich owieczek. Jednak i w tym nie należy generalizować, gdyż i w tych szeregach pojawiały się osoby niezwykle przejęte ideą niesienia Ewangelii pogańskim ludom i wręcz szukania śmierci męczeńskiej w tym dziele. Były to jednostki, a ludność bardziej odczuwała pojawienie się nowej instytucji w swoim życiu poprzez obowiązek składania na jej potrzeby obowiązkowej dziesięciny i świadczenia robocizny. Niejednokrotnie zatem dochodziło do prawdziwych wybuchów społecznych, które na danym terenie potrafiły zmieść z powierzchni ziemi młodą sieć kościelną. Wystąpienia te godziły przede wszystkim w pozycje władcy, stąd Kościół zawsze mógł liczyć na jego wsparcie i zazwyczaj dość szybko wracał na zrujnowane tereny. Czas liczony na dziesiątki i setki lat od chwili chrztu, pomimo to charakteryzował się powolnym przyzwyczajaniem ludności do panującego wyznania. Zazwyczaj szybko szlachetnie urodzeni, a wolniej i oporniej szerokie rzesze pospólstwa oswajały się z nim wydając wiele postaci, które w szczególny sposób przeżywały swoją osobistą relację z Bogiem. Wiele z nich zaistniało w kulturze Europy i znani są do dziś jako wybitni myśliciele, mistycy czy odnajdujący się na polu działalności, byśmy powiedzieli dziś - społecznej czy misyjnej.

Początek nawracania kontynentu europejskiego niewątpliwie należy wiązać z apostołem Pawłem i jego przeprawieniem się z azjatyckiej Troady do leżącej w Europie Macedonii. Działo się to w połowie I wieku naszej ery. Do końca starożytności (schyłek V w.) chrześcijaństwo szczególnie mocne pozycje zdobyło sobie na terenach bliskich wybrzeżom Morza Śródziemnego - w Grecji, Italii, w południowych regionach późniejszej Francji, w Hiszpanii. Coraz śmielej sięgało w głąb Galii (ziemie między Renem a Pirenejami), na Wyspy Brytyjskie, powoli wychodziło na linię granicy rzymskiej na Dunaju i Renie. Powstawały nowe biskupstwa i rozwijały się klasztory. Także wśród wielu ludów germańskich siedzących wzdłuż granic rzymskich nad Dunajem w ciągu IV w. zdobyło sobie chrześcijaństwo, ale w wydaniu ariańskim, wielu wyznawców. 

Rzymska katastrofa

Ten powolny, ale konsekwentny rozwój Kościoła został gwałtownie zahamowany przez katastrofę państwa rzymskiego w V w. Przez przełamane granice wlały się nieprzebrane fale ludów germańskich, sarmackich i przybyłych z głębi Azji koczowników. Tylko niektóre z plemion germańskich przyznawały się do chrześcijaństwa, ale w nienawistnej dla katolickich Rzymian ariańskiej odmianie. Stąd dochodziło do pogłębienia zaciekłości walk także na skutek różnic wyznaniowych. Organizacja Kościoła na zachodzie Europy podczas ponad stuletniej zawieruchy doznała niezwykle poważnych strat. Wiele kościołów zostało zniszczonych, uciekli duchowni, przestała prawie istnieć arystokracja rzymska, tworząca coś w rodzaju intelektualnego zaplecza Kościoła. Wiele terenów zostało wręcz na nowo spoganizowanych przez zasiedlenie ich pogańskimi przybyszami. Pozostały nieliczne wegetujące klasztory i rozproszone wspólnoty chrześcijan. Wśród nich większymi centrami, które w przyszłości mogły pretendować do roli ośrodków misyjnych, miał się okazać na południu Rzym, a na północy Irlandia, w której chrześcijaństwo w V w. zaszczepiał św. Patryk. Wychował się on w rodzinie chrześcijańskiej, a za młodu został porwany przez irlandzkich piratów. Po kilku latach niewoli uciekł z Irlandii, ale po jakimś czasie poczuł się wezwany do głoszenia Ewangelii celtyckim mieszkańcom tej wyspy. Uzyskawszy święcenia biskupie wrócił na tę wyspę i przez kilka dziesięcioleci prowadził tam pracę misyjną. Z dala od kontynentalnych ośrodków chrześcijaństwo irlandzkie rozwijało się tam swoimi drogami, które szczególnie widoczne były w narodzinach licznych pustelni i specyficznego życia mniszego. Niebywale silnie rozwinęło się także życie literackie, liturgia i nauczanie w języku łacińskim. W ten sposób kraj ten, w którym nigdy nie stanęła noga rzymskiego legionisty w epoce upadku Rzymu, zachował doskonałą znajomość łaciny i kultury antycznej. Jedną z specyficznych ascetycznych praktyk mnichów iryjskich było dobrowolne wygnanie - porzucenie rodaków, by osiedlić się gdzieś daleko i żyć w wrogim środowisku, co sprowadzało się do ewangelizacji obcych ludów. Czyniono tak pro amore Dei (z miłości Boga). W ten sposób mnisi dotarli do Brytanii, następnie do ziem dzisiejszej Francji i Niemiec. W VI w. dokonali ewangelizacji germańskich najeźdźców w Brytanii, zakładali tam liczne klasztory, a wybitną postacią był tu mnich Kolumban Starszy. W 597 r. przybyli tam misjonarze pod przewodnictwem mnicha Augustyna, wysłani przez biskupa Rzymu, papieża Grzegorza Wielkiego. Mieli oni poparcie królowej Berty, żony króla Kentu, Ethelberta. Król nawrócił się i w tymże roku wraz z wieloma poddanymi przyjął chrzest. Nastąpił bujny rozwój organizacji kościelnej na wyspach brytyjskich i można rzec, że pomimo wielu trudności i nawrotów pogaństwa, od I poł. VII w. Brytania została zdobyta dla chrześcijaństwa i sama wydała wielką liczbę misjonarzy, którzy mieli wielki udział w chrystianizacji kontynentalnej Europy. Trzeba zaznaczyć, że niektórzy z mnichów iryjskich w poszukiwaniu samotni udawali się na niezmierzone przestrzenie morskie i w ten sposób docierali do wysp na północ od Anglii, a nawet zasiedlili bezludną Islandię. 

Przyszła Francja na czele nowej Europy

W odbudowie organizacji kościelnej wielką rolę odegrały także ziemie południowej Francji, które znalazły się pod władzą ariańskich Wizygotów, będące tradycyjną ostoją starych senatorskich rodów rzymskich, twardo broniących dawnej spuścizny, do której należało trwanie przy rzymskim katolicyzmie. Ich potomkowie w dobie upadku kultury zachowali pewną więź z tradycjami upadającego starożytnego świata, pielęgnowano tam naukę i studia humanistyczne. Kościół chcąc zachować resztki swojej pozycji na tych ziemiach, a też przystępując do odzyskania utraconych, będzie potrzebował ich pomocy. W ciągu V i VI w. kręgi te wydadzą szereg biskupów i opatów, którzy odnowią w znacznym stopniu w innej formie namiastkę dawnego szkolnictwa.

Okazało się to niezmiernie ważne już w początkach VI w. W 481 r. władzę nad żyjącymi nad dolnym Renem pogańskimi Frankami objął niezwykle energiczny, rządzący brutalnie i twardą ręką król Chlodwig. Rozpoczął on inwazję na południe i zachód ku reszcie dawnych rzymskich ziem galijskich. W 496 r. w Paryżu przyjął chrzest, ale w obrządku katolickim. Był to bardzo dobrze pomyślany ruch polityczny. W odróżnieniu od innych plemion germańskich, będących arianami, Chlodwig poprzez swój katolicyzm zyskał z miejsca sympatię Kościoła, katolickiego możnowładztwa i ludności galorzymskiej, która poparła go w walce z heretyckimi Wizygotami, Ostrogotami i Burgundami. Po wydarciu im ziem po Pireneje i Morze Śródziemne nastąpił na nich powolny rozwój Kościoła zasilanego stojącymi wyżej intelektualnie duchownymi z tychże ziem. Postępująca barbaryzacja nie sprzyjała intensywności tego procesu, dopiero czasy odrodzenia za Karola Wielkiego od II poł. VIII w. przyniosą prawdziwy postęp w tym względzie.

Koniec części I

 

Statystyki

Użytkowników : 682
Artykułów : 1699
Zakładki : 1
Odsłon : 3734425

Kto jest online

Naszą witrynę przegląda teraz 20 gości